Załóż forum na TN!

Dobry płatny hosting!

Zostań Twójnetowcem!

Witamy gościa ( Zaloguj się | Zarejestruj )


Uwaga! Jesteś na forum archiwalnym. Przejdź do nowego forum, by kontynuować dyskusję!



7 Strony  1 2 3 > »  
[NOWA NOTKA] [NOWY TEMAT] [NOWA AKIETA] 

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> "A śmierć utraci swoją władzę", (Rok 1980)/ Zakończone

Lucy Pym
napisano: 25.06.05 00:16:56   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #1


Zaawansowany
***

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 16.02.05

OFFLINE 



Kilka słów wstępu.
Nie jest to debiut zupełny. Jest to jednak na pewno mój pierwszy ff nieco poważniejszy. Inspirowany dużą ilością Dylana Thomasa i W.B. Yeatsa oraz pewną irlandzką balladą w wykonaniu Dead Can Dance. I ogólnie irlandzkimi balladami...
Dziękuję Vanth - za pierwsze wrażenia oraz Labrui za solidną recenzję i zmotywowanie do wklejenia. Oraz za sugestię zmiany tytułu - przydała się!

Prolog

Choć zginą kochankowie, lecz nie zginie miłość;
A śmierć utraci swoją władzę.
(D. Thomas).

W dolinę powoli spływał wieczór. Z zagajników na zboczach wzgórz wypełzały na pastwiska coraz dłuższe cienie, a niżej, nad taflą jeziora, kłębiły się stada komarów. Gdzieś w okolicy, za płotem odgradzającym od lasu pastwisko dużych, łagodnych krów, ktoś świstał piosenkę, wciąż i wciąż tę samą. Poza tym – przyjazna, rozkołysana szumem i ptasim śpiewem cisza.
Dorcas wciągnęła tę ciszę w płuca z zapachem nagrzanej słońcem trawy i zimnem leśnego cienia. Otarła czoło wierzchem dłoni i pchnęła rower w stronę zmurszałego ogrodzenia, otaczającego w groteskowy, niepotrzebny sposób to miejsce w samym sercu zupełnej głuszy. Przypięła damkę do palika i weszła na zarośnięty dzikim głogiem dziedziniec. Wypatrzyła go z góry, kiedy jeszcze kołowała nad lasami Gwydyr. Smukła sylwetka starego kościółka była słabo widoczna z ziemi, bo cmentarne cisy, rosnące najbliżej budynku, zdążyły przez lata skutecznie zasłonić ją przed ludzkim wzrokiem. Nie da się ukryć, że było to młodej czarownicy na rękę. Po lotniczym zwiadzie nad doliną lądowała w Capel Curig, zabrała swój rower i ruszyła trasą na Llyn Geirionydd. W mugolskich ciuchach, z plecakiem przerzuconym przez ramię, wyglądała jak najzwyklejszy mieszczuch na niedzielnej wycieczce; nikt jej zatem nie nagabywał. Z obserwacji nieba i sfery aportacyjnej wnioskowała, że i żaden czarodziej nie zauważył jej przybycia. Uśmiechnęła się do siebie pod nosem - Zakon działał bez zarzutu; nawet czujni do przesady walijscy policjanci omijali dziś okolice Llanrhychwyn. Dumbel myśli o wszystkim, uznała, przedzierając się przez zarośla pod bramę.
Oceniła stan spróchniałych drzwi. Trzymają się na słowo honoru, ale jeśli ruszę tylko jedną dechę, to może reszta nie zleci mi od razu na głowę...Dla pewności, odskoczyła w tył, kiedy pociągnięta energicznie deska zaczęła przechylać się ku ziemi. Parę innych też nie wytrzymało i z szelestem wpadło w krzaki, tworząc całkiem sporą dziurę. Przestąpiła nad rumowiskiem i natychmiast dostała ataku kaszlu. Cholerny kurz! Kichając i trąc oczy, weszła do kościelnego przedsionka. O dziwo, nie było tu tak ciemno, jak się spodziewała. Światło, przymglone i czerwonawe, wciąż wpadało przez okrągłe okna pod sufitem. Wzdrygnęła się, kiedy prawie pod jej stopy osypała się spod sklepienia smuga pyłu i tynku. Nad rozbitym, kamiennym ołtarzem zatrzepotały spłoszone ptaki. Musiały dawno nie widzieć człowieka. Też wolałabym tu nikogo nie zobaczyć... Omiotła wzrokiem posadzkę pod transeptem, ale, prócz zwałów pyłu i kurzu, niewiele mogła wypatrzeć. Podeszła bliżej i, zasłaniając rękawem koszuli usta i nos, zaczęła rozgarniać dłonią pokruszoną warstwę drobnych płytek. Pod resztkami starej mozaiki coś zamajaczyło. Wyszarpnęła z kieszeni plecaka dłuto i miotełkę, przyklękła. Ręce jej zaczęły drżeć z podniecenia. Więc stary Albus jednak miał rację, to tutaj! A upierałam się, żeby szukać w Coed – y – Brenin... Powoli, ostrożnie, żeby nie uszkodzić, odsłoniła malowidło.
W precyzyjnie zarysowanym kręgu siedziała odziana w krótką szatę postać. Skrzyżowane nogi i prawa ręka uniesiona w geście błogosławieństwa upodabniały ją do obrazu Buddy. Ale nad prymitywnie nakreśloną twarzą piętrzyło się jelenie poroże, w które zaplątały się liście i dzikie ptaki. W lewej dłoni leśny bóg trzymał owiniętego wokół nadgarstka węża. Prawie jak na kotle z Gundesturp, pomyślała. Różnica była niewielka – między skrzyżowane nogi boga wrysowano prosty miecz o zaokrąglonej głowicy. Dotknęła jej palcami, wymacała lekkie wgłębienie. Tu musiał być kiedyś wprawiony kamień. Zamknęła oczy. Nigdy, nawet przez lata nauki w Hogwarcie, nawet na aurorskim szkoleniu w Edynburgu, nie miała aż tak silnego wrażenia bliskości mocy... To nie były zaklęcia codziennego użytku do zmywania naczyń i obierania kartofli, o nie. Tylko stara, pierwotna i groźna siła. Starsza, niż wyobrażali sobie historycy magii. Starsza, niż byłby w stanie pojąć racjonalnie myślący szef Departamentu Tajemnic. To, co było na początku...
Przypomniała sobie zbierane przez ostatni kwartał wiadomości. Godziny spędzone razem z Bernardem w bibliotece, przerzucanie starych woluminów, wertowanie w bibliotece uniwersyteckiej całych stosów średniowiecznych relacji o „zabobonach”. Bern cieszył się jak dziecko, że to wystarczy im obojgu i na doktorat, i na rozprawę habilitacyjną. Uśmiechała się do niego i nie mówiła mu, oczywiście, po co jej wiedza o posążkach bogów, zakopywanych przez na wpół chrześcijańskich neofitów w starych kościółkach „dla oczyszczenia”. Nie tłumaczyła, dlaczego zanudza go, żeby odtworzył dla niej walijskie modlitwy i zaklęcia, mające przywoływać duchy. Zresztą, i tak nie pytał. Patrzył na nią w milczeniu i znajdował, jak za dotknięciem różdżki, kolejne pergaminy, kolejne fragmenty układanki. A potem całował ją w rękę, kiedy wychodził. A ona zostawała, żeby do późna wertować pergaminy w zaciszu domowej biblioteki, pod ochroną zaklęć, w strachu przed uciekającym czasem i kręcącymi się po okolicy Śmierciożercami.
Czasem, na odchodnym, wpół żartem robił jej wyrzuty, że zamieniła go na „te starocie”, że „porzuciła kult Wenery dla przybytków Minerwy”, że już dla niej nic nie znaczy... Ale nie wiedział przecież, nie mógł wiedzieć, że wychodziła za nim wtedy na ganek i patrzyła, jak odjeżdża w stronę autostrady. I nie wiedział, że mamrotała pod nosem ochronne zaklęcia, żeby dotarł bezpiecznie do domu i żeby banda Voldemorta nie wpadła na pomysł polowania na Mugoli tej właśnie nocy. A potem, ślęcząc nad manuskryptami, myślała, myślała o nim za każdym razem, kiedy z kominka wysuwała się głowa dyżurnego aurora, żeby krzyknąć „Alarm!” albo „Znów uderzyli, pilnuj się!” czy „Do cholery, Meadowes, długo to jeszcze potrwa...?”. Nie spała wtedy, piła gorzką kawę i do rana trzęsącymi się dłońmi kreśliła wzory magicznych znaków, odtwarzała kolejne linijki inkantacji, szukając w nich śladów mocy, póki nie wyłowiła choć jednego skrzącego się nią słowa...
Skończyli dwa dni temu, opili suto zwycięstwo, a potem Bernard odwiózł maszynopisy ich prac do profesora Boltona. A ona, jeszcze podchmielona, poleciała złożyć raport Dumblowi. Dziw, że wtedy nie spadła z miotły. Ale dotarła, przedstawiła pełny plan akcji, a Albus pogratulował i odesłał ją do łóżka, wręczając na odchodne fiolkę eliksiru trzeźwiącego, żeby następnego dnia była gotowa do drogi. Przyjechała do ich mieszkania trzydziestego kwietnia nad ranem, z gotową historyjką o ciotce w Walii, która zapragnęła ją natychmiast zobaczyć (To tylko dwa dni, kochanie, naprawdę, tylko dwa dni!). Pocałowała go, rozpłakała się, bo znów robił jej wyrzuty - i wyjechała. Czuła ciągle jego żal. Ale to się zmieni, powtarzała w duchu jak mantrę, to się wszystko teraz zmieni. Jeżeli się uda, to osłabimy pana V. na tyle, żeby w końcu powinęła mu się noga. A wtedy wszystko się skończy i będę mogła rzucić staremu Crouchowi na biurko swoją rezygnację, ucałuję chłopaków i dziewczyny, i wyjedziemy z Bernardem doglądać stanu menhirów w Pornic. Tylko niech dziś wszystko pójdzie zgodnie z planem...
Wstała, otrzepała się z kurzu i zaczęła wykładać z plecaka potrzebne utensylia: lniane płótno, dalej - naczynie na wodę, ostrze brązowej włóczni, mały sztylet i kawałek nieobrobionego kamienia, trochę tłuszczu, barwniki z ziół. Nożyce. Krzesiwo. Ziemia w woreczku. Garść liści dębu, jarzębinowe gałązki, ostrokrzew... I inne, tyle innych – liści, pędów, owoców... Wzdrygnęła się, biorąc do ręki gałąź czarnego bzu i cisowe jagody. Feralne rośliny domykają krąg, przypomniała sobie spokojny głos Mistrza z Hebrydów. Śmierć jest początkiem życia, poród jest jego końcem, Dorcha. Zacisnęła palce na jarzębinowym krzyżyku od matki, oplecionym czerwoną wełną. Boże, chroń i zachowaj... Cienie w nawach poczerniały, światło straciło złoty poblask i sączyło się przez szybki liliową strużką. Sięgnęła po krzesiwo. Trzeba zapalić świece, umazać się urzetem, zakreślić ochronny krąg...
Kolejne sztuki odzieży spadały na ziemię. Na ścianie rysował się migotliwy cień kobiecej sylwetki, sypiącej na ziemię sól i obchodzącej malowidło w dziwnym, monotonnym tańcu.
***
Nad lasem przemknęły dwa cienie. A za nimi następne dwa. I jeszcze, jakby stado ptaków zerwało się do lotu. Zaganiający bydło do obory stary Daffyd przeżegnał się odruchowo, czując jakiś nieokreślony lęk. Przysiągłby, że wśród kołujących nad doliną cieni dostrzega ludzkie kształty i łowi uchem naglące nawoływania.
Wiedźmy latają - zamamrotał. - Nie uwierzą, jak powiem we wiosce, ale wiedźmy. Zły, zły znak.
***
Podniosła garść ziół, sypnęła w ogień, szepcząc pierwszą inkantację.

...Gdzieś w lesie nad wodospadami Swallow Falls z zieleni wychynęła na wpół ludzka, na wpół zwierzęca postać, węsząc w powietrzu wezwanie...

...W ciemnościach, pod ziemią, coś uniosło zamknięte od tysiąca lat powieki i szepnęło: “Już czas...?”

...Jeleń rzucił się do szaleńczego biegu, w powietrze wzbił się z krzykiem żuraw, nad lasem ciemną smugą przeleciał kruk. Z ostępów skoczył w dolinę drapieżny cień, a potem nad puszczą zabrzmiało niespokojne wycie. Wadera o bladych oczach warknęła, wciągając w nozdrza wiatr. Zawyła raz jeszcze. Odpowiedział jej przeciągły zew wilków z innych czasów i miejsc...

...W strumieniu zatrzepotał łosoś, sowa zbudziła się i krzyknęła ludzkim głosem, głosem Blodeuwedd z Kwiecia Zrodzonej, w szumie morza zabrzmiał jęk, u ujścia Conwy zatańczyły łabędzie...

...Przez łąkę przemknęło ogromne, szare cielsko, a za nim następne i następne, szumiały skrzydła, tętniły kopyta, miękko uderzały o ziemię zwinne łapy...

Zacisnęła palce na różdżce. W nawie starego kościoła zgęstniałe powietrze drgało i falowało, z cienia zaczęły wysnuwać się widmowe postacie, coraz wyrazistsze, coraz bliższe...

...Krzyk, tętent i szał wzniósł się ponad granicę wytrzymałości, osunęła się na kolana, uderzenie serca, jedno, drugie, trzecie...

I nagle powietrze pękło jak napięta struna, jak uderzone pociskiem lustro, jak kruchy lód.

I zapadła cisza.
***
- Ani się waż! - wrzasnęła rozpaczliwie, celując różdżką w chwiejący się na krawędzi półki tom. Niestety, za późno. Pergaminy runęły na ziemię widowiskową lawiną, prościutko pod koła jej Bezpiecznego Lewitującego Fotela Dla Wiedźm w Stanie Odmiennym, który na dobry początek dnia raczył się zepsuć. Lily zacisnęła zęby. Tylko nie krzyczeć, uspokoić się, złość szkodzi piękności, a stres szkodzi Maleństwu... Raaaz, dwaaa, trzy, no, już lepiej. Ufff. I tak chciała wyjąć co nieco z tej teki, więc poniekąd udało jej się osiągnąć cel. W każdej sytuacji trzeba doszukiwać się jej dobrych stron. A następnym razem nie machać tak różdżką przy Accio... Au... Trzeba to przenieść na stół, uporządkować, potem wybrać te dokumenty, które Dumbel kazał opracować, zrobić kopie, zapisać, potem ułożyć, odstawić całość na półkę, świetnie, dwa razy więcej roboty, niż planowałam, cudownie wręcz, jeszcze fotel nie działa, a miałam się nie denerwować...Westchnęła smętnie, ruszając z naręczem papierzysk do ogromnego biurka w sercu archiwum.
Nie cierpiała tej roboty, ale w ostatnich miesiącach o akcjach w terenie mogła najwyżej pomarzyć; Jim by ją prędzej przykuł do krzesła. Krążyła zatem po kwaterze głównej jako lew ryczący z nudów. W końcu Albus, pełen dobrej woli, zasugerował jej, żeby odciążyła główną archiwistkę, Meadowes. Dorcas miała akurat huk roboty z jakimś niezwykle ważnym projektem i rzeczywiście potrzebowała zastępstwa. Oczywiście, Lily entuzjastycznie przyjęła ofertę, przekonana, że wreszcie zacznie robić coś pożytecznego. Niestety, zapału do noszenia, sortowania i przepisywania pergaminów rychło zabrakło, zaś obowiązków z dnia na dzień przybywało... Chwała Merlinowi, przedwczoraj spotkała Dorcas w sowiarni i dostała solenną obietnicę, że od pierwszego maja sytuacja się polepszy. No, może niekoniecznie od pierwszego, w końcu Dorcas wspominała o urlopie... Jednak sama świadomość, że od dziś może liczyć dni do końca swojej biurowej gehenny, dodawała jej skrzydeł. Gdyby nie te akta Averych, świat byłby w ogóle i w szczególe cudowny...
Skrzypnęły drzwi. Wyjrzała zza półki; do archiwum wchodził właśnie Remus. Poczuła dziwne ukłucie w dołku. Przecież zawsze pierwszy przychodzi Jim, więc dlaczego dzisiaj...?
- Cześć, Lupin, a gdzie mój pan mąż? - zagaiła sztucznie beztroskim tonem. - Zgubiłeś go w metrze?
- W jakim metrze, Lil? - Posłał jej lekko nieprzytomne spojrzenie. - A, o Londyn ci chodzi... Nie, siedzi na odprawie u Dumbla, chyba w sprawie tej misji Dorcas. Masz coś do jedzenia? - Omiótł wzrokiem mały stolik, na którym zazwyczaj leżało śniadanie dla Jamesa. - Głodny jestem jak wilk...
Parsknęła, ale podała mu kanapkę z serem.
- To Dorcas już wróciła?
- Nie, nie ma jej. - Lupin potrząsnął głową. - Pewnie się gdzieś zatrzymała, może spotkała tego swojego chłopaka, a przed nim musi odgrywać normalną...
- Wiem. - Wyjęła z szuflady dwa jabłka, jedno rzuciła przyjacielowi. - Mówiła, że jest kompletnie niemagiczny i sceptyczny. W dodatku zazdrosny.
- Ma dziewczyna problem – skwitował, pogryzając jabłko. - Dobrze, że wreszcie trochę odsapnie.
- Wczoraj chyba miała skończyć – ziewnęła. - Mówiłam o tym Peterowi, też się ucieszył.
- Glizdek? - Remus trochę się zdziwił. - A co on ma do Dorcas?
- Chciał, żeby mu wyszukała coś do tej jego nowej teczki Malfoyów, bo ja w tym bałaganie się połapać nie mogę. - Lily potoczyła wzrokiem po pólkach. - Co to miało być, to jej zadanie?
- Tajemnica. - Wilkołak wzruszył ramionami, przeciągnął się. - Nie miałem pojęcia, kiedy ona to ma zamknąć, reszta chłopaków też... Jeśli wszystko poszło dobrze, to nam pewnie dziś Dumbel powie. Ale ponoć coś dużego, bo Moody i paru starszych pilnowali.
- I dlatego was posłali do ochrony tego pokazu Malkin, co? - zaśmiała się. - Szkoda, że nie mnie, chciałam zobaczyć tę nową kolekcję szat wyjściowych. Rzeczywiście wzorowała się na Armanim?
- Nie znam się. – Lupin podniósł ręce w obronnym geście, jakby sama myśl o zestawianiu go z modą męską była mu wstrętna. - Długa coś ta odprawa – zerknął na zegar, zaczynający właśnie bić dziesiątą. Tymczasem gdzieś na dole, w głównym hallu, skrzypnęły drzwi. Lily nadstawiła uszu.
- Wychodzą! - Wyjrzała na korytarz; na klatce schodowej mignęły jej twarze Alastora i Syriusza.
Ruszyła w stronę schodów, omal nie zderzając się z wchodzącą na piętro Florą Ramsay. Miała wrzasnąć “Cześć!” i pobiec dalej, ale zwolniła, stanęła.
- Hej, do mnie idziesz? - Spytała trochę niepewnie; Flo często bywała w archiwum, choć nie należała do Zakonu, ale nie łaziła z aurorami. - Jest Dorcas? Miała już wrócić, a ja chciałam się...
- Miała. Ale nie wróciła. Nie ma jej.
- To gdzie jest?
- U Munga. W prosektorium.
***

2. 05. 1980

BBC
Dorcas Meadowes...
Prorok Codzienny
... specjalistka w dziedzinie historii magii...
The Times
... młoda, świetnie się zapowiadająca absolwentka religioznawstwa na uniwersytecie Oxford...
Żongler
... wtajemniczona w najsubtelniejsze zawiłości trudnej sztuki kontaktów z zaświatami...
Daily Mail
...przyznająca się do kontaktów z nieszkodliwymi – jej zdaniem – „adeptami magii”...
Nasz Merlin
... kompletnie zmugolała miłośniczka naszych odwiecznych wrogów – niemagicznych...
BBC
... została wczoraj rano znaleziona martwa na terenie zabytkowego obiektu sakralnego z VIII wieku w północno-zachodniej Walii...

...O czym zawiadamiają pogrążeni w głębokim żalu
Rodzina i Współpracownicy.


Edytowany przez Lucy Pym 24.02.07 03:02:49
Madame Evans
napisano: 25.06.05 10:09:23   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #2


Wyga
****

Grupa: Twojnetowiec
Z nami od: 22.07.04

OFFLINE 



Podobało mi się bardzo - jest elegancko i bez zbędności. A na dodatek oryginalnie.
Z takim ujęciem Dorcas jeszcze się nie spotkałam.
Poza tym wsiąknęłam już od pierwszego zdania, bo posiadasz umiejętność tworzenia klimatu - bardzo plastyczne są te początkowe opisy.
I wiesz, jak stopniować napięcie tak, by czytelnik - choć zdaje sobie sprawę, że historia panny M. nie może dobrze się skończyć - tkwił jednak przy ekranie jak zaczarowany.
I jeszcze brawa za Bezpieczny Lewitujący Fotel Dla Wiedźm w Stanie Odmiennym. To musi być bardzo przydatny sprzęt. :)

No proszę, jednak napisałam coś więcej poza zamierzonym: Ja chcę już dalszy ciąg! ;)

Edytowany przez Madame Evans 25.06.05 11:08:32
Orion Black
napisano: 25.06.05 10:32:28   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #3


Wyga
****

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 24.02.04

OFFLINE 



Dobre. Bardzo dobre.

Świetny styl, warsztat pisarski, znakomity pomysł i klimat.Szczególnie spodobały mi się relacje mediów. I stary Daffyd.

Wcześniej czytałem U Irytka "Żonę Mądrą", tutaj pokazałaś klasę w opowiadaniu na poważnie. Masz talent. Czekam z niecierpliwością na Twoje kolejne dzieła.
Skrzypol
napisano: 25.06.05 11:41:26   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #4


Wyga
****

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 06.06.05

OFFLINE 



Super!
Aż mnie ciarki przechodziły! Normalnie świetne. Ciągnij to dalej. Mam też podejżenia co do tego... malowidła? Wąż symbolizuje Voldiego, poroże Jamesa a miecz symbolizuje oręż Gryffindora. A ta postać hmm to może Harry? W końcy w przyszłości okaże się że będzie powiązany z tym wszystkim. Na prawde świetne opowiadanie. Dawno tak mnie nie zaciekawiło coś takiego.

Pozdro i pis dalej! Prosze
Silene
napisano: 25.06.05 12:31:56   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #5


Weteran
*****

Grupa: Twojnetowiec
Z nami od: 05.02.04

OFFLINE 



Rany, mnie się podoba. Kościółek był opisany szalenie obrazowo, cała w nim scena - bardzo gęsta; nawiązań kulturowo-kanoniczno-fanfikcyjnych tyle, że serce rośnie, a w dodatku kompletnie się nie da przewidzieć, co z tego wyniknie, bo mnie samej przyszło do głowy n możliwych fabuł.
Moja szczególarska dusza raduje się też z różnych smaczków typu wspomniany słusznie przez przedmówców fotel, jarzębinowy krzyżyk z czerwoną nitką, style wypowiedzi prasowych.
Podsumowując, początek daje nadzieję na naprawdę wciagającą lekturę - będę na nią czekać z przyjemnością, a deklarowane w przedmowie inspiracje Yeatsem - moim ulubionym - i Thomasem, którego również czytuję z zamiłowaniem, tylko dodają mi smaku.
ann
napisano: 25.06.05 23:50:14   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #6


Zaawansowany
***

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 21.07.04

OFFLINE 



Strasznie nie lubię tak komentować od ręki, ale teraz muszę. To jest silniejsze ode mnie.
Uwielbiam takie klimaty na pograniczu historii, legendy i magii. Przy jeleniu, łososiu i Blodeuwedd zawyłam (w duchu) i postanowiłam, że muszę coś napisać, choćby i nieskładnie.
Odniesienia kulturowe, o których wspomniała Silene - cudo! Widać, że opowiadanie jest zakotwiczone nie tylko w kanonie HP, ale i historii, w Magii przez duże M, której czasami brakuje mi u JKR.
Spodobało mi się to, jak te odniesienia są obudowanie obrazkami z codziennego życia - rower, który pcha Dorcas w letnim upale, Lily zmagająca się ze stosami pergaminów... Dzięki temu cała historia staje się realna. Najbardziej wciągnął mnie opis wędrówki Dorcas - aż poczułam ten zapach trawy.
I jeszcze plus za przeplatanki - tą w czasie rytuału odprawianego przez Dorcas i tą złożoną z urywków prasowych. Jedno składa się do drugiego i czytelnik odkrywa całość.
Czyli - do następnego odcinka.
pozdrawiam,
ann
dementorka
napisano: 27.06.05 12:18:48   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #7


Zielony
*

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 08.06.05

OFFLINE 



O ładne!

Podobają mi się opisy: bardzo dobrze oddające tworzony klimat, szczegółowe, ale nie na tyle, żeby były męczące. Cieszą wprowadzane smaczki. Wplatanki, choć ich z reguły nie lubię, są jak najbardziej uzasadnione i nie rażą. Zgrabnie poruszasz się w świecie dialogów codziennych, przeżyć rytualnych, rozważań wewnętrzych, nic nie wadzi, wszystko zgrabnie połączone. Klimat "irlandzki" jak najbardziej udany.

Pozdrawiam jako fanka Dead Can Dance

Nesmin
napisano: 27.06.05 20:10:37   [UP] 
[CYTUJ]  Post: #8


Zaawansowany
***

Grupa: Forumowicz
Z nami od: 01.02.04

OFFLINE 



To opowiadanie zapowiada się na takie, jakie lubię. A to dlatego, że:
- jest pisane subtelnym stylem
- ładnie przeplatają się w nim światy Mugolski i Magiczny.

(Szczególnie przypadła mi do gustu kreacja czarownicy na rowerze i w mugolskich ciuchach. Zwłaszcza, że sama niedawno wróciłam z rowerowej wycieczki.)

- Opisy sprawiają, że człowiek myśli: "tu mamy trakt, pastwiska i zwyczajne życie, a wystarczy odrobinę zboczyć z głownej drogi i... magia!" I przez to są mi bardzo bliskie.
- Jak już chwalili przedmówcy, nawiązania do mitologii wprowadzone bardzo zręcznie i z wdziękiem.

Zastanawiają mnie losy Bernarda. Chociaż ledwie zarysowany we wspomnieniach Dorcas i wypowiedzi Lily wygląda na sympatyczną postać...


7 Strony  1 2 3 > » 
[NOWA NOTKA] [OPCJE] [NOWY TEMAT] 
 

Wersja Lo-Fi Obecna data i czas: 04.09.10 08:05:47
Project Management Software | Egypt Property | Canon | Breast Enlargement | Breast Enlargement